Znakomity jest George Thorogood, bardzo prawdziwy i brzmiący tak, jakby sam był wielkim fanem swoich utworów. Czy może raczej swoich wersji piosenek, które nagrali i spopularyzowali jako pierwsi inni artyści. „Haircut” nie odstaje bowiem od pomysłu na muzykę, który Thhorogood i jego Niszczyciele mają od samego początku- biorą pełnymi garściami z dorobku innych artystów, nakładają na to własną wrażliwość, własne umiejętności, dorzucają najwyżej dwie, trzy własne piosenki i… wydają kolejną płytę. Ci, od których zapożyczyli szczególnie dużo na „Haircut” to nieżyjący już Bo Diddley i Willie Dixon. I chyba wszyscy są wygrani, piosenki tych pierwszych otrzymały szansę na drugie życie, a Thorogood i the Destroyers dostali szansę na ponowne podzielenie się energią, gitarowymi szaleństwami, dobrymi melodiami i ogromną radością z faktu muzykowania. A na dodatek naprawdę popracowali graficznie, płyta to muzyka i komiks w jednym.
Autorzy: Karola i Roberto Więckowscy